To mówię ja. Dwuletni przedsiębiorca!

2 lata firmy

Za tydzień po raz pierwszy zapłacę normalną stawkę na ZUS. To dobra okazja, żeby podsumować 2 lata prowadzenia firmy.

, foto: © Martin Valigursky fotolia

Już się przygotowuję psychicznie do tego przelewu. Nie chodzi nawet o to, że to tysiąc złotych miesięcznie, ale o to, że się zmarnuje. Chętnie odkładałbym i 2 razy więcej, ale mając świadomość, że faktycznie inwestuję te pieniądze. Kiedy myślę na ile sposobów mógłbym wydać dodatkowe 12.000 złotych rocznie, aż żal zrobić ten przelew i liczyć na 7 stów emerytury, o ile cały system emerytalny nie padnie do tego czasu.

Nie mieliście racji, moi drodzy

Nie zliczę, ile osób ostrzegało mnie przed kontrolami ZUS-u i Urzędu Skarbowego, które rujnują każdego przedsiębiorcę i sprawiają, że albo ląduje za kratami, albo musi sprzedać nerkę, żeby mieć na łapówkę dla urzędnika. Jakoś żadnej nie zauważyłem.

Nie zliczę, ile osób ostrzegało mnie przed skomplikowanym systemem zakładania firmy, co w Polsce trwa jakoby miliard razy dłużej niż w cywilizowanych krajach w których mają już Internet. Jak dla mnie, to te parę godzin to naprawdę znośny czas.

Nie zliczę, ile osób ostrzegało mnie przed tym, że dla banku będę śmieciem, który na nic nie może liczyć. Nie nazwałbym tak możliwości zadzwonienia do dyrektorki placówki banku na komórkę, żeby przygotowała mi ofertę kredytu, który chciałbym jutro wziąć.

Nie zliczę, ile osób ostrzegało mnie, że założenie firmy to dopiero początek: zacznie się bieganie za koncesjami, pozwoleniami i uprawnieniami.

Nikt z nich nie trafił w rzeczywiste problemy, jakie będę miał przez te 2 lata. Być może były to osoby, które a) nigdy nie prowadziły działalności gospodarczej; b) nie miały pojęcia o tym co robię, ale i tak musiały mi doradzić?

Plany poszły w piach

Na pierwszy ogień to co każdy Prawdziwy Polak lubi najbardziej, czyli to, co innemu Polakowi (w sensie mi) nie wyszło. To tak dla ułatwienia, żeby hejterzy nie musieli czytać całości.

Miałem plan, żeby jak największą część przychodów reinwestować i w konsekwencji nie płacić podatku (amortyzacja miała pokryć prywatne wydatki). Udawało się przez 21 miesięcy. W dodatku akurat wtedy, kiedy przyszło mi zapłacić podatek, główny klient postanowił przestać płacić za faktury. To boli, bo VAT trzeba odprowadzić mimo tego, że nie dostało się pieniędzy od klienta. W 2013 to się zmienia, ale też nie do końca tak jak powinno. Sprawa jest w tej chwili w firmie windykacyjnej.

Drugi plan polegał na zbudowaniu funduszu awaryjnego wystarczającego na pół roku utrzymania, co miało mi zapewnić komfort w czasie, w którym nie ma zleceń. To mi się nie udało, ale z własnego wyboru. Zamiast trzymać te pieniądze na koncie, wolę zostawić sobie gotówkę powiedzmy na przyszły miesiąc, a za resztę kupić jakąś stronę WWW (o tym za chwilę). Strony dają znacznie większy zwrot z inwestycji niż lokata, a w ciągu miesiąca można je spokojnie sprzedać.

Do tego ze 3 razy byłem w sytuacji, w której na koncie zostało po kilkaset złotych, ale mimo to dalej wolałem zainwestować pieniądze niż je przejeść.

Jednocześnie dowiedziałem się, że mam nie najgorszą zdolność kredytową, która w naprawdę ekstremalnej sytuacji pozwoliłaby mi z dnia na dzień wziąć pożyczkę na sensownych warunkach, wykorzystać saldo debetowe itp.

Spółka czy działalność gospodarcza?

Parę osób (te zliczę) przekonywało mnie, że działalność gospodarcza to zakładanie sobie pętli na szyję i powinienem założyć spółkę, najlepiej od razu akcyjną. I na Cyprze. Przecież jeśli „coś pójdzie nie tak, to będziesz odpowiadał całym majątkiem”. Do tego trochę mąciły w głowie wszystkie opowieści o rajach podatkowych. To chyba najdłużej mnie wstrzymywało z podjęciem decyzji o formie prawnej. Nadal nie widzę powodu dla którego freelancer, który nie musi kupować jakiejś drogiej rzeczy typu kontener iPadów albo dźwig, miał przepłacać za prowadzenie spółki.

Obecnie czasem słyszę nawet, że ludzie wolą pracować z osobami na działalności gospodarczej, bo jest to znacznie bardziej wiarygodne niż jakaś spółka z kapitałem 5000 złotych.

Co z tym freelancingiem?

Zdecydowanie lepiej poszło mi za to dochodem z własnego biznesu, o których te 2-3 lata temu w ogóle nie myślałem. Kiedy zakładałem firmę, byłem freelancerem z krwi i kości. Utrzymywałem się prawie wyłącznie ze zleceń a dodatkowo wpadało po kilkaset złotych miesięcznie z reklam na tym blogu.

Obecnie, po dwóch latach, proporcje coraz mocniej przechylają się w drugą stronę: przychody ze zleceń stanowią już mniej niż połowę zarobków (chociaż średnia kwota na fakturze za zlecenie jest 3 razy wyższa niż 2 lata temu). Większość przychodu otrzymuję natomiast z reklam na stronach, co przy okazji jest bardzo wciągające.

Jeden z moich celów, jakim jest robienie 1000000 obrotu rocznie na usługach przed trzydziestką idzie zgodnie z planem, a nawet trochę go wyprzedza. Problem w tym, że tego nie da się zarobić samodzielnie jeśli nie jesteś gwiazdą telewizji i być może w ciągu najbliższych miesięcy będę musiał zacząć szukać pracowników. Na razie radzę sobie zlecając część pracy zewnętrznym firmom i okazjonalnie podpisując jakąś umowę o dzieło.

W każdym razie aktualnie trochę odpuszczam pracę dla innych na rzecz własnych projektów, ale tylko po to, żeby nabrać doświadczenia i za jakiś czas znowu freelancerować, ale dla poważniejszych klientów.

Byłem na rozmowie o pracę!

Nie pisałem Wam o tym (wpis leży w szkicach od paru miesięcy), ale w międzyczasie poszedłem na rozmowę o pracę do pewnej spółki akcyjnej z branży finansowej. Firma chciała robić lepszy marketing w sieci i szukała kogoś kto tym pokieruje. To była śmieszna aplikacja. Miała mieć chyba ze 4 etapy, ale po pierwszej rozmowie przeprowadzonej przez właściciela agencji pracy skierowano mnie prosto do prezesa. Prezes w czasie rozmowy kwalifikacyjnej stwierdził, że on się trochę stresuje i przy swoim pracowniku przeprosił, że nazwał mnie „jakby specjalistą, a nie specjalistą” ;). Bardzo budujące. Ostatecznie nie dogadaliśmy się co do fajności projektu i budżetu jakim chciałbym operować i ze zlecenia nic nie wyszło.

Co z klientami i podwykonawcami?

Po roku zastosowałem zasadę 80/20 i zaraz zastosuję ją ponownie (czekam tylko na rozliczenie roku od księgowej). Idea jest prosta: klienci na których poświęcasz 20% czasu przynoszą Ci 80% przychodu. Oczywiście granica 80 i 20 są umowne. Chodzi o skupienie się na najbardziej opłacalnych zajęciach i odrzucenie tych adsorbujących, ale niezbyt dochodowych. Problemem jest zatrzymanie się, wybranie tych najważniejszych klientów i powiedzenie reszcie „dzięki za dotychczasową współpracę, ale teraz robię co innego”. Mi odrzucanie zleceń wydaję się takie trochę niestosowne, zwłaszcza jak pomyślę, że ludzie nie mają pracy, a ja wybrzydzam. Mimo tego, że pozbyłem się części klientów, to mój przychód wzrósł, bo te 80% czasu, które mi zostało, mogłem przeznaczyć na nowe projekty.

Jestem też przekonany, że doskonałym wyborem było całkowite olanie spraw księgowych i wzięcie zestawu ifirma.pl + księgowa z licencją doradcy podatkowego. Dzięki temu przez te 2 lata na księgowość poświęciłem jakieś kilkadziesiąt godzin (wystawianie faktur, a później zebranie do kupy faktur kosztowych i raz na 3 miesiące wycieczka do księgowej, żeby podpisać się na jakimś papierze).

W urzędach byłem około 5 razy, z czego 2 razy po zaświadczenie o opłacaniu składek w ZUS-ie, później raz w celu zmiany czegoś w jakimś wpisie, a później chyba jeszcze 3 razy, bo urzędniczki zgubiły papier z tą zmianą. Do tego jeszcze 3 wizyty w urzędach z własnej woli. W każdym razie już teraz te wszystkie wizyty wydają mi się tak nieistotne, że nawet nie pamiętam ile ich było i czego dotyczyły.

Wracając do porażek, to podpisałem złą umowę z firma pozycjonującą. Przejrzałem oferty chyba wszystkich firm z Wrocławia, jakie na przełomie 2010/2011 miały jakieś sensowne portfolio, z przedstawicielami kilku spotkałem się osobiście i wydawało mi się, że wybrałem najlepszą. Okazało się, że firma przedstawiająca się jako najstarsza agencja SEO we Wrocławiu, która pracuje dla dużej stacji telewizyjnej i ministerstwa, nie potrafi sobie poradzić z utrzymaniem ruchu, jaki ja zrobiłem dłubiąc w stronach po godzinach – w pół roku ruch spadł o połowę, firma zapomniała mi powiedzieć, że kilka stron zostało zbanowanych, a ja byłem w plecy o 5-cyfrową kwotę. Do dziś nie wiem, czy pracownicy firmy byli po prostu niekompetentni, czy z założenia chcieli wyciągnąć kasę za nicnierobienie (umowa była na stały abonament + premię za wyniki), więc nie chcę się publicznie wypowiadać o tej firmie, a jeśli ktoś z Was domyśla się o jaką agencję chodzi, proszę nie podawać nazwy w komentarzach.

No i gdzie te problemy?

Podsumowując, jestem bardzo zadowolony z tych dwóch lat. Myślę, że nie zmarnowałem ani jednego miesiąca.

Jasne, szkoda, że wybrałem złą firmę do SEO. Szkoda, że przez parę miesięcy pracowałem dla klienta, który postanowił przestać płacić, chociaż robiłem nawet więcej niż wynikało z umowy. Pewnie jeszcze jakieś „szkoda” by się pojawiło.

Jednocześnie wszystkie sprawy, których się bałem, okazały się jakimiś drobnostkami, o których teraz nawet nie pamiętam, a o sprawach przez które się mocno stresowałem w ogóle nie myślałem wybierając działalność gospodarczą zamiast standardowego etatu.

Po dwóch latach nadal robię swoje najlepiej jak potrafię i ani trochę lepiej. I pozostaję optymistą.

Subscribe to our mailing list

* indicates required

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *